2012, jak było?

ta sama ulica, ten sam widok od lat. w mieszkaniu też raczej bez zmian. mam wrażenie, że czas stanął w miejscu. lambert w "nieśmiertelnym" mówił coś o zmęczeniu wiecznością i chyba zaczynam kumać, o co mu chodziło



niby nie lubię podsumowań, ale z drugiej strony ten moment między świętami a nowym rokiem, kiedy jest trochę luźniej, skłania ku podobnym "rozważaniom". 2012? przede wszystkim rewolucje w sercu, wielka szkoła kompromisów i takie tam. możliwe, że tracę ostrość. i co? i nic. gówno mnie to obchodzi. najważniejsze, że jest dobrze. druga sprawa: ta nieszczęsna dieta. pewnie: poszłam za ciosem, miałam kasę, kupiłam sobie odchudzanie. i tak jest to wielka prowizorka, bo nie jem połowy potraw z przepisów (nie ma kiedy, serio), a poza tym mieliśmy święta, ale ćwiczę regularnie i uważam, że to spory wyczyn. kwestia uporu, chociaż nie jestem zawzięta jakoś bardzo.

co poza tym? mniejsza spina i od razu więcej przestrzeni. wystarczyło odsunąć w niebyt kilka toksycznych jednostek. nie mam ciśnienia na porady, ale współczuję tym, którzy chcą żyć dobrze ze wszystkimi innymi. można się jedynie zajechać. konfucjusz mawiał, że ludzie dzielą się na głupich i mądrych. głupich warto zostawić tam, skąd przyszli, inaczej traci się czas, który można by poświęcić na rozwijanie relacji z ludźmi mądrymi.

generalnie jednak ten rok był bardzo podobny do pozostałych, a ilość lat, które przeżywam w takim niby-zawieszeniu, jest już krytyczna. tego rodzaju wnioski coraz mocniej szarpią nerwy, chociażby w oklepanym kontekście "nie tak miało być". ciężko zadowolić rozczarowanego dzieciaka, ale hej, przynajmniej się staram


naszyjnik: stradivarius, koszulka z szafy
strona główna